Zakładki:
|
wtorek, 06 marca 2012
Nie wiem czemu umknęło to czujnym oczkom etyków, ale chciałabym zauważyć, że w odcinku zrealizowanym na Madagaskarze Wojciech Cejrowski obraził polskie krowy kładąc się na trawie w zdrowym rozkroku i obscenicznym gestem chwycił się za wyimaginowane wymiona stwierdzając bodaj, że "polska krowa mogłaby tu sobie leżeć i robić mleko". Co prawda nie do końca rozumiem, w jaki sposób dokładnie zelżyło to polską krowę, ale przecież nie o to chodzi. Nie rozumiem też w jaki sposób obraził buddystów. Ma poglądy takie jakie ma, wyraża je w taki sposób w jaki je wyraża - ile czasu trzeba, by poczuć jego konwencję? Dziesięć, może piętnaście minut jednego programu wystarczy by stwierdzić, czy to nam odpowiada czy nie. Programy Cejrowskiego są takie fajne właśnie dlatego, że w nich jest on. 60% świata 40% (co najmniej) postrzegania świata przez Wojtka. Nie jest jedynym podróżnikiem, który robi programy o świecie ale jest jednym z tych, którzy robią to najciekawiej. Jak już niejednokrotnie wspominałam - lubię go. Nie zgadzam się z nim w większości tego, co mówi, ale stwierdzanie, że nie powinien... Ba! Że nie wolno mu tego mówić - to szaleństwo. To, co mówił o Czubaszek, którą szanuję i to co mówił do Frytki, której nie szanuję świadczy wymownie o tym, że gość jest chamem i ma dość gwałtowne metody ekspresji. To dostateczny powód uzasadniający zabraniania mu tego? Karania go za to? W kraju, który jeszcze tak niedawno walczył o to, by nie odbierać mu wolności wyrażania własnych poglądów i kreowania ich w oparciu o umiarkowanie (a nie skrajnie) manipulowane informacje, który walczył o to tak pięknie... Sądziłam, znów jak ostatnia naiwna - że chodziło o to, by każdy głupek mógł mówić to co myśli, dyskutować w sieci i może kiedyś czegoś się nauczy. A nawet jeśli nie - co z tego? Czy to znaczy, że nie warto? Widziałam ten program. To robienie z wideł igieł. Cenne jednakowoż, bo wcześniej nie przypuszczałam, że można obrazić buddystę. W ogóle - nie mówiąc już o możliwości obrażenia buddysty obrażaniem jego religii. Najwyraźniej Wojciech Cejrowski właśnie rąbnął Chucka Norrisa lewym prostym nożnym. Znam jednego buddystę. Tzn. nie liczę takich w stylu "jestem wegetarianinem ale uwielbiam schabowe/kurczaka/polędwice". Jedna z nielicznych osób, których nie udało mi się obrazić mimo, że się nie starałam. A to naprawdę naprawdę coś. Poza tym... gdzie tam nieprawda? To (prawie) dokładna definicja Buddyzmu. Tak jak (prawie) dokładną definicją Katolicyzmu jest oddawanie czci wizerunkom półnagiego, okaleczonego, martwego mężczyzny i modlenie się do tysięcy bóstw pomniejszych przewyższających liczebnością panteon grecki, egipski, mezopotamski i celtycki - przy czym nie oczekuję, że jakikolwiek katolik przełknie to i puści w niepamięć, chociaż Jezus sugerował coś nieco innego. Jeśli się tak chwilę dłużej zastanowić, to skoro Cejrowski dożył tak sędziwego wieku pałętając się po różnych dziwnych miejscach, to najpewniej jest to człowiek, który doskonale wie jak gdzie może się zachować. Kozaki spod budki z piwem też to potrafią, ale gdyby zatapiać się w aż takie szczegóły, to można byłoby w ogóle z nich nie wyjść. Kolejny człowiek, który wcale nie musi być niesamowicie inteligentny (lub - jeśli jest - korzystać w pełni ze swoich możliwości), żeby się pobawić. Mam wrażenie, że ludzie zbyt często zachowują się jak te srebrne stukające się kuleczki na biurkach. Czasem mam wrażenie, że zachowują się tak zawsze. Mimo wszystko jednak dość często jeszcze jestem w stanie wmówić sobie, że zwykle tak nie jest. Ciężko pogodzić się z tym, że wolność słowa jest fikcją, kiedy zaczyna to do człowieka docierać po raz pierwszy. Potem czuje się pokrzepiony stwierdziwszy, że dookoła jest mnóstwo ludzi, którzy nade wszystko cenią sobie ową "wolność" - dla wszystkich, którzy mają podobne poglądy i myślą tak samo. Co bardziej pokręceni przez pewien czas dostrzegają absurd tego, ale wszak i najgorsza sraczka kiedyś mija. Nawet jeśli zmienia się w śmiertelne odwodnienie to zawsze jakaś ulga prawda?
A może po prostu nie dostrzegam tego czystego zła wylewającego się z każdego katola odpowiednio jaskrawo i uroiłam sobie, że nie różni się niczym od czystego zła wylewającego się z przedstawiciela jakiejś innej sekty, kasty, loży, grupy dzielącej podobne zamiłowania kulinarne/seksualne/sportowe czy whatever? P.S. Jak do jasnej cholery można obrazić buddystę?!
środa, 29 lutego 2012
Nawyraźniej jestem różowym aniołem zwiastującym rychłą zagładę serwisów. Prawie, już prawie dopracowałam swój piękny szablonasik, nawigacja bloga to horror, ale cóż... Wszelkie znaki na niebie, ziemi i bloxie świadczą o tym, że Agora podjęła radosne restrykcje i zrobiła coś z adminkami - zwolniła je albo ograniczyła pensje do ośmiu stów netto i zagoniła do sprzątania kibli. Nie wiem - wiem, że miały dobra wolę, a teraz ich nie ma. A serwis staje się śmietniskiem botów, wpierniczających dziesiątki mieszarkowych artykułów na setki gównianych blogasków. No cóż. Pora stąd spierdalać. Przenoszenie całego tego chłamu, który tu nastukałam potrwa wieki, a z moim ślimaczanym netem wieki do potęgi trzeciej. Ale może wcale nie muszę tego robić - w końcu większość wejść mam z googla i z bloxa, a nowododane nie zajmą już tak dobrego miejsca w wyszukiwarkach. Zastanawiam się pomiędzy:
Blogspot był kuszący przez jakiś czas, ale kto da mi gwarancję, że za kolejne cztery lata wszystko nie siądzie tak jak tu? Cholera - tu pisałam przez pięć lat. Too bad. So sad. - przechylam głowę myśląc to, więc to na pewno z jakiegoś filmu. Nie mam pojęcia z jakiego. Żal mi to zostawiać. Poświęcać czas i energię, żeby znów mi się zesrało w najfajniejszym momencie? Przejście na angielski kusi niepomiernie. Jedynym problemem pozostają dwa problemy - musiałabym porzucić to wszystko, bo przecież tak wielkiej kupy gówna nie przetłumaczę, nie jestem cyborgiem no i to, że nie umiem pisać po angielsku. W dwa-trzy miesiące zapewne dałoby się zniwelować ten problem, nie jestem tylko pewna czy warto. Jak myślicie?
czwartek, 23 lutego 2012
- to jak dla mnie jednak przegięcie. To zapewne jest kurewsko trendy w takim wieku, ale bez przesady. Bardzo chciałabym być tolerancyjna, ale szczerze - nie potrafię sobie przypomnieć jakiegoś wytatuowanego nie-idioty, więc może w tych naszych zaściankowych, prymitywnych przesądach jest coś słusznego? Nigdy przenigdy - ani w tym, ani w poprzednim ani w przyszłym życiu nikt mnie nie przekona, że pacan targający sobie gwiazdeczkę ma równo pod czachą w jakimkolwiek sensie. Mam za mały łeb i nie pojmuję po jaką cholerę. I różnej maści tatuaże na nogach. Blee. U facetów jeszcze nie, u 95% kobiet to mord na poczuciu estetyki, bo sobie dożywotnio optycznie skracają zwykle i tak krótkie nóżki. Nie widzą tego czy ki czort? Jak można tego nie widzieć? Ejf. Z większych dramatów, to muszę iść do sklepu po coś do jedzenia, a nie chce mi się nawet nie jak cholera, ale jak dwie cholery jasne do sześcianu. "Naukowcy szacują, że w całych Niemczech, gdzie żyje blisko 5 mln kobiet o różnym stopniu upośledzenia, mniej więcej 6 proc. z nich jest wykorzystywanych seksualnie" Sou. Niemcy - pi razy drzwi 80 milionów mieszkańców. Pi razy drzwi 40 milionów kobiet. Z czego pięć milionów jest upośledzona umysłowo - czyli co ósma Niemka ma coś nie tak pod kopułą. To tak ten artykuł. Btw. co za zdegenerowany naród. U nasz to byłoby nie do pomyślenia! Żeby ktoś wydał zgodę na przeprowadzenie takich badań.
środa, 22 lutego 2012
Jeszcze żadnej (kolejnej) nie skończyłam, ale czy ktoś ma jakiś pomysł, jak zrobić zdjęcie komórką, żeby nie wyglądało tak żałośnie? Poza tym to takie fajne - to co robiłam na początku to takie poor production quality w porównaniu np. z tym, co robiłam wczoraj. Gdybym tak nie przestała - aż strach pomyśleć, jak będzie wyglądać to, co będę robić za dwa tygodnie albo później. Skoro kiedy wyraziłam życzenie posiadania papieru i spełniło się w dość dziwny sposób, to czy jeśli zażyczę sobie cudownego zniknięcia problemów L., to też się spełni? Oddałabym za to cały papier, jaki mam. Razem z palcami wskazującymi. Ech.
wtorek, 21 lutego 2012
Jestem kompletnie beznadziejna. Pracodawca uganiał się za mną przez tydzień. I to nie jakiś przypadkowy, tylko taki, który wie, że nie odbierałam telefonów bo czułam się źle, i że jak przyjdzie co do czego, to też mogę się tak poczuć, a wtedy nie będę się nadawać do niczego. Naprawdę. Większość mężczyzn, którzy znają mnie ponad dwa tygodnie traktuje mnie jak Powinnam za to pójść na kolanną pielgrzymkę dziękczynną po sanktuariach Europy, bo nie mam pojęcia co bym ze sobą zrobiła, gdyby się tak nie zachowywali. Moja koleżanka dałaby wszystko, żeby znaleźć sobie jakąkolwiek pracę, a ja "wybrzydzałam" wymawiając się koszmarnym samopoczuciem i ogólną niezdolnością. Nie dał się spławić. No to mam pracę. Na warunkach księżniczki. Płaca niegodna księżniczki, ale nie o to akurat chodzi. Nie cieszę się, czuję się winna. Chyba wysyłam jakieś dziwne fluidy pogłębiającej się rozpaczy, których nie czuje tylko ten baran z którym jestem. Albo to on je wywołuje. W każdym razie coś mi ewidentnie umyka. Spotkałam eksa. Coś paplałam bez sensu. Nie spałam od dość dawna, więc moje paplanie siłą rzeczy jest bezsensowne. Loverboy się po tym ze mną kłóci. Eks przywiózł mi piętnaście ryz kolorowego papieru. Piętnaście. Ryz. Oddałabym mu, ale nie byłam w stanie tego podnieść, a przyniósł mi pod drzwi. Chyba paplałam coś o origami. Musiałam coś paplać o origami, bo o niczym innym mówić mi się nie chce. Ale żeby tak natychmiast? Spotkałam go wczoraj i wczoraj je przytargał. W odstępie kilkugodzinnym. Może miał jakiś ekstrabonus w makro? Niby ma biuro, ale to nie usprawiedliwia obecności takich ilości papieru. Ani tego, że mi go przyniósł. O ile pamiętam nasz ostatni kontakt skończył się nazwaniem mnie tępą krową. - Ale ja nie mówiłam, że potrafię składać origami tylko że to robię. No i poszedł. W pudle była jeszcze słusznej wagi gilotyna. Albo nie nienawidzi mnie tak bardzo, jak myślałam, albo nasączył papier rtęcią czy czymś podobnym. To by nie było takie złe, jednak obawiam się, że tego nie zrobił. Może uda mi się poobcinać sobie nią palce, wykrwawić i skończyć wreszcie to cholerne użalanie się nad sobą, którego sama już mam dość. Bynajmniej nie w stronę zmiany nastawienia i optymistycznego podejścia do życia. Raczej w zakresie doboru najstosowniejszej metody samobójstwa. Aktualnie skłaniam się ku wybraniu odpowiedniego miejsca pod blokiem i oczekiwaniu na spadającego żółwia. I nie rozumiem ludzi. Zwłaszcza tych, którzy traktują mnie jak dorosłe dziecko specjalnej troski, któremu nie można powiedzieć niczego złego w obawie przed histeryczną reakcją. Tzn. mają całkowitą rację, bo właśnie tak się zachowuję - ale czy to jest dostatecznie dobry powód? Naprawdę powinnam być gwiazdą. Dwa tygodnie temu zgodziłam się napisać pięć artykułów - takich do podpisania cudzym nazwiskiem. Odebrałam tematy, przeczytałam je, wysłałam sms z terminem ich wysłania. Dwa dni później zaczęłam być nękana z prośbami o wysłanie tego, co już zdążyłam zrobić. [Nic nie będę wysyłać, bo jeszcze nic nie zrobiłam. / No to zwyczajnie powiedz, że nie dasz rady albo nie chcesz tego napisać i będzie spokój.] Kiedyś potrafiłam być miła. Teraz już nie potrafię jako że doszłam do wniosku, że dwie grupy ludzi mają prawo do podskakiwania: niezastąpieni, cenieni i utalentowani (których w razie czego można zastąpić) oraz możliwi-do-zastąpienia-w-każdej-chwili-przez-tłumy-mniejszych-lub-większych-nieudaczników, niedoceniani robole (których ciężej zastąpić, bo porównywalny poziom usług jest droższy, a porównywalna cena skończy się prędzej czy później koniecznością samodzielnego odwalania własnej roboty - a tego ludzie przecież nie chcą). Powiedziałam, że 15 lutego przed 17:00 wyślę całość. Nie mówiłam, że zacznę natychmiast. Równie dobrze mogę zacząć 15 lutego o 13:00 i skoro dostaniesz pliki zgodnie z umową, to gdzie tu problem? Otrzymałam jakże treściwą i soczysta odpowiedź: OK. Żal mi się zrobiło pacana, bo jakkolwiek sam powinien to zrobić, tak byłby w koncertowej dupie, gdybym tak przypadkiem jednak tego nie skończyła lub nie wysłała. Napisałam półtora artykułu wcześniej, zarys kolejnych i wysłałam kolejnego dnia. Konwersacja via mail:
A jednak nie spoko, bo molestował mnie różnymi środkami komunikacji codziennie, aż do czternastego. Odpowiedziałam raz, używając popularnego w niższych kręgach kulturowych oraz w rozmowach biznesowych na wyższym szczeblu wulgarnego słowa na literę s, sugerującego interlokutorowi oddalenie się w zorganizowanym pośpiechu. Skończyłam już wtedy, ale dla świętego spokoju poczekałam z wysłaniem jeszcze dobę, do 16:59. Ja bym się do siebie nie zwróciła z propozycja współpracy do kogoś takiego po raz kolejny. Najwyraźniej jestem najtańszą dziwką na rynku, bo on to jednak zrobił. Nie potraktowałabym go tak, gdyby nie traktowało mnie tak dziesięciu przed nim. "Tak" to znaczy: "skoro już robisz mi przysługę i poświęcasz swój czas, chociaż wcale nie musisz tego robić i jak ostatnia frajerka litujesz się nade mną i moją gównianą sytuacją i dorabiasz się zespołu cieśni nadgarstka, to pospiesz się suko i skończ to szybciej". Chciałabym, żeby moje życzenie do spadającej gwiazdki się spełniło. Co poradzę na to, że go kocham? Nic. Może trzeba było wyjść za niego po dwóch miesiącach znajomości. Nie bywam na ślubach, nie wiem jak brzmi tekst przysięgi, ale jeśli jest tam coś w stylu "na dobre i na złe" co nie jest w stylu serialu pod tym samym tytułem... Głupie to trochę, ale może wtedy zaklęcie by podziałało i oprócz złego byłoby też dobre? Jestem zmęczona. To nie problem żyć ze swoim nieszczęściem. Znałam je, przyzwyczaiłam się do niego, bywało nawet zabawne. Ale on i jego nieszczęście to dla mnie za dużo. Nie mam pojęcia co robić ani jak się zachowywać. Jak wymyślić coś, co mogłoby pomóc - i to wiedząc, że niczego takiego nie ma? Nie wiem co mam robić. Nie wiem, co mogłabym zrobić. Nie odpowiadają mi żadne złote rady w stylu "nie zwracaj na to uwagi i w trudzie i znoju czekaj, aż wszystko spieprzy się jeszcze bardziej - a zawsze będzie mogło spieprzyć się jeszcze troszeczkę". Ani tym bardziej te ostatnio bardzo modne: "jak Ci coś nie pasuje, to wymień faceta na świeższy model". Jedne i drugie to rady od idiotów dla idiotów - może nie zawsze tak, ale jednak porażająco często. Życzenie do spadającej gwiazdki brzmiało: spraw cholero, żeby wygrał w lotto albo dostał jakiś wielki spadek. Tak strasznie tęsknię za jego rozbuchanym ego. Mnie tam kasa ani ziębi ani grzeje - bardziej zblazowana już nie będę, mniej też nie, ale może kupiłby mi trochę jakiegoś fajnego papieru do origami. Gdyby mógł poczułby się lepiej. Albo gdyby mógł wzbudzić moją zazdrość. Mężczyźni z uszkodzonym ego są straszni. Beznadziejni. Właściwie nic innego nie robię - jak tylko ciągle uszkadzałam cudze ego karmiąc własne. Ale jak sięgam pamięcią nikomu to nie zaszkodziło. Wręcz przeciwnie - robili się bardziej jadowici i zapatrzeni w siebie w umiarkowanie pozytywny sposób. Więc czemu on z dnia na dzień robi się coraz bardziej dołujący i jadowity w całkowicie nie-pozytywny sposób? [Tu chyba był jakiś dalszy ciąg, ale zachowało się tylko tyle].
poniedziałek, 20 lutego 2012
Gdyby była zrobiona z jednokolorowego papieru albo jakiegoś konkretnego wzoru, możliwe że wyglądałaby trochę lepiej. Chociaż w sumie nie wygląda aż tak źle. KUSUDAMA 1 - najprostsza:
KUSUDAMA 2: mordęga z łączeniem tych malutkich środków, które na dodatek wcale nie wyglądają lepiej. I tak - wiem, że krzywa cholera jak cholera.
KUSUDAMA 3: czyli przerobiona wersja jedynki - też znacznie lepiej wyglądałaby z jednokolorowymi środkami i to raczej nie w formie kulek w czapeczkach tylko... Nie wiem. Może spiralek? Trudno, może następnym razem.
KUSUDAMA 4: czyli przystrzyżona 1. Chyba nawet podoba mi się bardziej. Kroiłam w podekscytowaniu, krzywo i byle jak, więc proszę nie patrzeć na jakość wykonania.
KUSUDAMA 5: kroiłam dalej.
Właściwie to było przyjemniejsze niż moment jej ukończenia. Zniszczenie. Aach!
KUSUDAMA 6: po wyeliminowaniu wszystkich wsporników wyglądała chyba najciekawiej. Ale nie dała dobrze się przystrzyc, przynajmniej nie tymi wielkimi, zardzewiałymi, sztywnymi nożycami, jakie mam do dyspozycji.
Lepszy papier, lepszy klej, lepsze nożyczki... Ach / ech / och, o ile lepiej by wtedy wyglądały... Chyba wczoraj spieprzyła mi się przeglądarka. Mam wszystkie wyszukiwane hasła - w googlach i na allegro. Wczoraj wszystkie były puste lub prowadziły do artykułu z gazety, a na allegro znalazłam kilka obrazków. A teraz... http://allegro.pl/listing.php/search?category=26013&sg=0&string=%C5%BCydek http://allegro.pl/listing.php/search?category=26013&sg=0&string=%C5%BCydek Poza tym aż się roi od "artystów" malujących na zamówienie. Wstyd mi. Już mnie nie ekscytuje. Z resztą od początku nie ekscytowało. Przerobiłam całe Niemcy, Węgry, Czechosłowację i Biebrzański Park Narodowy. Zrobiłam dużo pingwinów i innych pierdółek. Właściwie to większość rzeczy z tej strony. Dość fajne i nieskomplikowane wzory. Raczej dla dzieci. To nie przynosi żadnej satysfakcji, ale przynajmniej nauczyłam się dobrze zginać papier. Właściwie to powinnam od tego zacząć. Zrobiłabym trochę zdjęć, ale raz, że nie ma się czym chwalić, dwa: żeby wyglądały ładnie musiałabym dobrze dobrać kolor papieru, no i trzy: jakoś nie potrafię zrobić dobrego zdjęcia. Poza tym blox ma od jakiegoś czasu problem z przyjmowaniem jotpegów. Obiecane zdjęcie pudełeczka nie chce mi się załadować. Podobnie jak większość innych obrazków, które chciałam dodać. Ale mniejsza o to. Tamto origami przestało mnie porywać, bo nie ma w nim elementu tworzenia. Nie stworzę ot tak sobie nowego wzoru. Próbowałam - oczywiście nie przyniosło to żadnego spektakularnego rezultatu, bo nie mogło. Ludzie latami składają, zanim naprawdę zaczną coś ciekawego wymyślać. Za to zakochałam się w kusudamach. Kulach modułowych znaczy się - które nie wymagają jakichś szczególnych umiejętności ale pozwalają na złudzenie tworzenia czegoś nowego. Zrobiłam pół tej najprostszej. Widziałam zdjęcie tak niemożebnie zajebistej i genialnej, że (że się tak wyrażę) odczułam potrzebę natychmiastowego zrobienia laski temu, który ją wymyślił. Kilkaset części modułowych. Żadne porno w życiu tak mnie nie podnieciło. Nawet się nie umywa. Szybko wyłączyłam stronę z tym zdjęciem, żeby przypadkiem nie przyszło mi do głowy próbować ją odtworzyć. To byłoby marnowanie czasu w czystej postaci. Cała robota zajęłaby mi tydzień a efekt byłby żaden lub bardzo niezadowalający, bo robiąc ją musiałabym użyć gazet, papieru do drukarki albo resztek map i nawet, gdyby jakimś cudem mi się to udało, wyglądałaby beznadziejnie. Coraz częściej mam wrażenie, że posiadam osobowość Ferdka Kiepskiego. Chwilami ręce mi opadają na moje kolejne genialne pomysły na znalezienie sobie zajęcia, które byłoby dochodowe i przyjemne jednocześnie. Książka leży odłogiem, bo przez cyrki z Loverboyem nie potrafię myśleć o swojej bohaterce. Zresztą kto by ją kupił (udało mi się drugi raz napisać to słowo odruchowo dobrze! Może za kilka miesięcy naprawdę się go nauczę?) zważywszy na to, że aktualnie mam problemy z formułowaniem myśli i zapisane nie są dla mnie satysfakcjonujące? Poza tym... to boli, ale chyba jestem już za stara, żeby wierzyć w takie bzdury jak to, że kiedykolwiek skończę pisać coś, z czego będę zadowolona. Możliwe, że nie, ale słowo zwykle ciałem się staje. No nieważne. Póki co karmię się wizją przekwalifikowania się na origami i zrobienia dekoracji na wesele. W okolicach końca tygodnia powinno być już jasne, czy dalsze próby maja sens czy też nie. Zaczęłam się rozglądać za odpowiednim papierem. Znalazłam sklep z czerpanym papierem. Średnia cena to siedem złotych za arkusik. Szaleństwo. Ale skoro sklep istnieje, to znaczy niewątpliwie, że ktoś te cuda kupuje. Kto? Kogo na to stać? Tak wygląda ten papier: A ja nie spałam od dwóch dni. Składałam. I zrobiłam sobie przerwę na wylewanie głupoty, ale postaram się to ograniczyć dla wspólnego dobra. Moja wymarzona kusudama (gdyby była robiona z mojego wymarzonego czerpanego papieru) kosztowałaby jakieś trzy tysiące w samym materiale. Zakładając obniżkę przy hurtowym zakupie może mniej. Dokładając cenę własnej pracy nadal tyle samo. Ciekawe, czy coś takiego by przeszło jako lokata kapitału. Ciekawe, czy jest na świecie szaleniec, który by się na nią zdecydował. A mnie zostaje kolorowy papier do pakowania ~10 groszy za kwadrat lub kolorowy papier do drukarki za ~11 groszy za kwadrat. Dzięki czemu moja kusudama mogłaby być warta jakieś 40 zł + tydzień roboty. Doliczając do tego stawkę godzinową przeciętnego roznosiciela ulotek i biorąc pod uwagę moje moce przerobowe, byłaby "warta" jakieś 300 złotych. O tak. Zdecydowanie uda mi się zrobić z tego opłacalny interes. Tysiące ludzi chciałoby kupić trochę papieru za trzy stówy.
niedziela, 19 lutego 2012
http://forum.gazeta.pl/forum/w,83562,101199069,,Zyd_ze_zlotymi_monetami.html?v=2 Faktycznie.Ale czy czternastu idiotów świadczy o całym narodzie? Nigdy u nikogo czegoś takiego nie widziałam. Ha. Jednak idiotów jest więcej. O mój kurwa w dupę jebany apostrofie. Wpisy na forach i z bloga są co prawda sprzed trzech lat ale szlag z tym. Ale poza nimi... Gnoić tępe ścierwa aż będzie skwierczeć. Chociaż wątpię by zmądrzeli - raczej poczują się skrzywdzeni i ograbieni przez Żyda i obrażeni przez Panią profesor. Wypadałoby teraz napisać kontrnotkę, ale wyeksploatowałam się na tej. Chryste, znowu się okazało, że żyję w kraju debili. A taką miałam piękną wiarę w ludzki rozum i przynajmniej szczątkową przyzwoitość. Chyba mam kurwa mać jakieś wahania hormonalne bo znowu się poryczałam. Grupka idiotów grupką idiotów, ale ile osób to widziało? I żadnej reakcji społecznej przez trzy lata?! TRZY LATA?!? Btw. to o KGB to nie tylko z powodu dociekliwości. Również dlatego, że najpierw strzelam a potem zadaję pytania. Nikogo nie zabiłam. Mogłabym uprzeć się przy swoim i spróbować bronić blogerki Agi, która dodała na początku swojej wypowiedzi "podobno", ale njee. Co z tego, że "żydek" istnieje w małej skali. Kurwa mać co z tego? Istnieje i nikt nie widzi w tym nic niestosownego? Artykuł jest antypolski. Cholernie. Ja nadal nie jestem antypolska chyba tylko dlatego, że jestem naiwnym debilem i wciąż wierzę. A przecież widziałam jak sępy szarpią się, żeby wydostać się z autobusu i rzucić na ciało tego martwego dzieciaka. Prawie wdeptali go w asfalt, w sumie całkiem możliwe, że gdyby był dajmy na to obwieszony złotem, to by to wszystko rozszarpały. I właściwie to czuję się winna. Co z tego, że nie mogę nic poradzić na cudzą głupotę (z własną całkiem mi dobrze), powinnam przynajmniej próbować. No to próbuję. Nadal nie widzę sensu w tym artykule. Dla części będzie tylko antypolski, dla reszty opisane w nim obrzędy będą nieprawdopodobne - ale oni przecież nie powiesiliby sobie "żydka". A Ci co już je mają... Że niby Pani antropolog wierzy w to, że coś im jeszcze pomoże? Nie. Napisałabym coś jeszcze, ale tak jakoś się złożyło, że opadłam z sił. Całkowicie. Doskonały artykuł na stronie głównej gazeta.pl Żyd z pieniążkiem podbija Polskę http://wyborcza.pl/1,75475,11172689,Zyd_z_pieniazkiem_podbija_Polske.html Zabawne bo pałętam się po wszelkiego rodzaju festynach, odpustach, graciarniach, rynkach, sklepach z pamiątkami i dewocjonaliami w poszukiwaniu jakichś dziwacznych pierdółek i nie natknęłam się na żadnego żyda. Szczególnie podoba mi się fragment z blogerką Agą. Jakże to ładne brzmi! Blogerka Aga - chyba wszyscy wiemy o kogo chodzi. Wszyscy ją znamy, czytamy, wszyscy... Abo ja mam taki irytujący zwyczaj, że jak ktoś mi coś powie, to ja to sprawdzam. Dlatego też kilku znajomych nazwało mnie pieszczotliwie "dziwką z KGB". Klik raz.Klik drugi raz. I już wiemy, że blogerka Aga jest dobrze nam znaną Panną Nieistniejącą. W drugim wyniku wyszukiwania znajdujemy artykuł o żydzie i nic więcej. Przyzwyczajona do szczerości w mediach Me. powiedziałaby "ach... no ale przecież mógł być to cytat z bloga pisanego po angielsku, albo w jidisz, albo w dowolnym innym języku. Tolkienowskim na ten przykład - dlatego nie da się go znaleźć po takim banalnym wstukaniu". Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu pani antropolog Joanna Tokarska-Bakir istnieje. Przynajmniej według googla - a to już coś.
Zajebiste tematy. Może w tych pracach jest coś innego niż się spodziewam, ale sądząc po próbce zdolności autorki przedstawionych w powyższym artykule jestem pewna (kontemplując koncepcję socjotechniczne w świetle hermeneutyki klienta, który stwierdził "jak sobie coś wymyślisz to będzie zajebiście"), że wiem dokładnie co też w nich zawarła. I z chęcią przyjrzałabym się tamtejszej bibliografii oraz przypisom - a nuż okazałoby się, że powstawały równie twórczo jak cytaty z blogerów wymyślane na podorędziu. "Medithanera jest zajebistą, ponadprzeciętnie uzdolnioną kobietą o ajkju dążącym do nieskończoności i jest bardziej seksowna niż jakakolwiek inna kobieta o trzech cyckach jaka kiedykolwiek stąpała po tej ziemi" lub "Ruda blondyna coraz częściej pojawia się na podkoszulkach, plakatach, kubkach, długopisach i ciałach tatuujących ją sobie wielbicieli - zazwyczaj jest przedstawiana na grzbiecie siedmiogłowego smoka, trzymająca w ręku pochodnię i szarfę z napisem "fancy a fuck you filthee?" OCH! Nawet sobie NIE WYOBRAŻACIE, czego to o mnie w internecie nie piszą. Czego nie znajdziecie po wpisaniu w wyszukiwarkę ani nie zobaczycie nigdzie, ale co jest przecież prawdą, bo ja sobie tak wymyśliłam, a skoro tak sobie wymyśliłam to to jest prawda. A skoro prawda - to właśnie prawdę wam głoszę.
A wracając do Żyda. Żyd nie istnieje. Nie na większą skalę niż bursztynowy kotek z papieżem na jednym obrazku. Żyd z pieniążkiem podbija Polskę Więc filozof Medithanera pyta: co to ma kurwa być i dlaczego to ma być najpoczytniejszy artykuł w ciągu kilku najbliższych dni?
Poza tym... "żydek" Nie mam żadnego przedstawiciela wyznania Mojżeszowego pod ręką, żeby zapytać, czy to go obraża, ale nie potrzebuję. Mnie to obraża. MNIE. Mnie to obraża. Jak długo jeszcze uda mi się egzystować - dopóki ktoś nie splunie na mnie nazywając poljaczką? Żyd z pieniążkiem podbija Polskę Co to za cholerne, antysemickie gówno? Oto ja, polka. Wnuczka moich "mitycznych" dziadków, którzy mordowali żydów w czasie wojny dla ich dobytku - gorsi nawet od szaleńców, natchnionych wizją Himmlera, którzy wszystkie te mordy i całe to okrucieństwo chowali za ideologią. A Polacy już nie - mordowali, wydawali i grabili w imię prymitywnych pobudek, chęci wzbogacenia się a nawet dla sportu. Ot tak - w myśl zasady: zatłuczmy jeszcze kilku, potem i tak wszystko będzie na Niemców, bo przecież nikt tego nie będzie sprawdzał. Żeby było jasne: nie mam żadnej z tych rzeczy. I aktualnie trzęsę się z bezradnej złości i nawet się trochę popłakałam. Nie życzę sobie Pani krowo, żeby Pani robiła ze mnie potwora. Nigdy nie odczuwałam pogardy dla żadnego wyznania, narodowości czy grupy etnicznej. Nigdy. Jedyną rzeczą jaka zawsze budziła we mnie wściekłość jest ludzka głupota, ale od lat już się nie wściekam - raczej płaczę. Nie powiesiłabym sobie na ścianie liczącego pieniądze "żydka" tak jak nie powiesiłabym przedstawiciela żadnej innej nacji. Tutaj można zobaczyć, że rzekome cytaty z forum internetowego też nie istnieją. Więc co to za mistyfikacja? Żyd z pieniążkiem podbija Polskę Broniłam książki Grossa bo irytowało mnie przedstawianie Polaków w czasie wojny jako nieskalanych bohaterów, idealnych, bohaterskich aniołów, którzy robili dla ratowania życia ludzkiego WSZYSTKO, często poświęcając własne - bo wiedziałam, że to bzdura. Bo ludzie są różni. Bo jedni ratowali a drudzy mordowali. Tak jak nie wszyscy Niemcy byli nazistami tak nie wszyscy byli mordercami - i tak nie wszyscy Polacy byli bohaterami. Epatowanie wizerunkami samych aniołów było kłamstwem. A prezentowanie Polaków tak, jak czyni to ten kłamliwy artykuł... czemu ma służyć? Nie jest kłamliwy od początku do końca. Rozumiem, że można było się wkurwić na widok tych obrazków w Leroy Merlin albo w sklepie z pamiątkami. Ja bym się wkurwiła. Ale nie zrobiłabym czegoś takiego jak tamto. Zrobiłabym coś takiego jak to, co robię w tej chwili. To, że jakiś ułamkowy odsetek społeczeństwa stanowią ludzie, którzy wieszają sobie coś takiego w domu - o czym to świadczy? Może obrazek odpowiadał im estetycznie tak, jak innym odpowiada żyrafa, Marilyn Monroe czy reprodukcja "Bitwy pod Grunwaldem". Czy gdybym miała na ścianie "Bitwę pod Grunwaldem" rozsądnym wnioskiem byłoby, że mam ochotę ubić kilku Niemców? Gdyby takie dyskusje, jak te cytowane w artykule naprawdę miały miejsce i nie były stworzonymi na jego potrzeby wypowiedziami hipotetycznych osób, można by z tym polemizować. Wtedy stwierdziłabym, że "jak ktoś głupi to nie jego wina", i że te kobiety rozmawiające o "żydkach" nie są w stanie spojrzeć z boku na swoje poczynania i zobaczyć jakie są okropne. Ale one nie miały miejsca. One nie istnieją. Przeczytajcie ostatni akapit tekstu. Przeczytajcie go dokładnie. Polacy jako naród z przyjemnością wspominają sobie mordy i podłości czynione narodowi żydowskiemu przed, po i w czasie wojny obrazkami przedstawiającymi liczących pieniądze żydów. Wyzbywają się poczucia winy zamieniając krew na oleodruk. Cieszą się z zagarniętych majątków i metaforycznie tańczą na grobach pomordowanych kupców - tak zgodnie z podstawową zasadą, na której opiera się gospodarka: Jakby ktoś miał wątpliwości: TO BYŁA IRONIA. To była groteska i trywialność - bo na pewno nie jest nią nic, co znajduje się w tamtym artykule. Zakończonym nawiasem mówiąc bardzo optymistycznie, "zgodnie" z teorią Freuda. Bo "zgodnie" z nią owa (NIEISTNIEJĄCA) "dziwaczna koniunktura na żyda z pieniążkiem" jest oznaką tego, iż nasz naród dojrzał do tego, by przyznać się, że jesteśmy złodziejami i mordercami - tymi samymi, którzy mordowali i kradli w czasie wojny. Ale ej ej - urodziłem się w latach osiemdziesiątych, nikogo nie zabiłem, nikogo nie okradłem, nie zrobiłem nic, po czym miał bym mieć poczucie winy - zaprotestuje jakiś głupiec. Gadamer do tego pasuje. Wymyśliłem sobie coś i oto jest. Gadamer był bezjajecznym idiotą i tchórzem. Nie to co Mann albo Heidegger - oni mogą występować jako autorytety w rozważaniach na temat ówczesnego (zwłaszcza ówczesnego, ale i jako takiego) ludobójstwa i nazizmu. On nadaje się do niezbyt intensywnych rozmyślań o kulturze wschodu i niczego więcej. Natomiast Joanna Tokarska-Bakir tak jak już napisałam - albo prowadzi jakąś dziwny test w ramach psychologii społecznej albo... Ale (z wielkim wysiłkiem) jestem w stanie (poniekąd) zrozumieć (częściowo) jej postawę, pobudki i stanowisko w sprawie. Być może w perspektywie całej książki byłabym w stanie dostrzec w tym jakąś sensowną myśl - o ile nie byłaby oparta na fikcyjnych materiach. Nie rozumiem natomiast portalu gazeta.pl, który rąbnął ten artykuł na stronę główną. W jakim celu? Dlaczego? Tak wygląda stanowisko Gazety Wyborczej, czy po prostu publikują wszystko co podleci? Żyd z pieniążkiem podbija Polskę
Mam irytujące wrażenie, że pewnego pięknego dnia, już bardzo niedługo mój blogasek zniknie z sieci. Czy to "przypadkowo" czy to np. "z mojej własnej woli". Może np. za coś zupełnie niezwiązanego z prawdziwym powodem jego usunięcia. A najpiękniejsze, że nikt nawet tego nie zauważy. Pierdolę to. Tym bardziej, że jako soundtrack do pisania włączyłam sobie to: Głupie to trochę ale nic nie poradzę. Teraz jeszcze tylko zrobię jakiś błąt ortograficzny, potem wrzucę zdjęcie origami a na koniec jakąś notkę o moim nieudanym seksie. Ot tak - licząc na to, że moja mała siła rażenia i fakt, że nie udaję jakiegoś sprecyzowanego, pozytywnie zakręconego cuda nie wkurzy nikogo, kto może więcej niż ja. Czekając na to. Wolność słowa istniała od zawsze i będzie istnieć zawsze. Dla ludzi, którzy wiedzą, co powinni mówić, a ja ewidentnie tego nie wiem. A świadomość, że nikt po mnie nie zapłacze jest taka ekscytująca... A powyższy artykuł nie ma na celu obrażania Pani Joanny Tokarskiej-Bakir. Jest wyłącznie przedstawieniem mojego punktu widzenia i nie zgadzam się na to, by jakakolwiek osoba decydująca się na przeczytanie czegoś tak długiego traktowała go jako opiniotwórczy bądź rzeczowy głos w sprawie. Ot takie bredzenie wariatki z PMS-em, która oburzyła się, że ktoś nie zerkając mi do przedpokoju odkrył ile bursztynowych "żydków" poprzyczepiałam do boazerii. Dziesiątki. Tylko pamiętajcie: nie haftowane! Tylko nie haftowane! Liczę pieniądze, liczę pieniądze, liczę pieniądze, kiepuję w Graalu, liczę pieniądze, trzymam majty w Arce Przymierza, liczę pieniądze, uśmiecham się delikatnie przeglądając album pełen rodzinnych fotografii nad trupami, liczę pieniądze, mam długie pazury, liczę pieniądze, z oczu zostały mi tylko białka, liczę pieniądze, chowam pod czerwoną spódnicą gadzi ogon, liczę pieniądze, przesuwam po wargach rozdwojonym językiem, liczę pieniądze. Mam 3,58. Trochę mało, więc koniec z metaforami, nadszedł czas coniedzielnego zabijania. Z resztą "zgodnie" z teorią Freuda popełniłam ten tekst niesiona poczuciem winy. Poziom polskiej edukacji szkolnej jest gówniany. Życie płciowe pierwotniaków tłukli mi w łeb przez tyle lat, a historii nowożytnej nawet nie liźnięto. 33-letnia kobieta mieszkająca w Southampton w 1913 roku mówi "mój mąż zginął na froncie" a ja nie mam cholernego pojęcia jaka to mogła być wojna. Szczątkową wiedzę o wojnach Zuluskich mam z filmów puszczanych swego czasu w TVP2 a zwłaszcza z montypajtyjonowskiego skeczu z tygrysem. Ale żeby mąż mógł zginąć w wojnie brytyjsko-zuluskiej, musiałaby go poślubić jako komórka jajowa w swojej nastoletniej matce. W myśl zasady: niech nie pisze wypracowań, nie wie gdzie leży Gwatemala, nie wie czym są sukulenty, nie potrafi wyciąć z papieru kółka, odróżnić Beethovena od Beatlesów (ha! potrzeba zapuszczenia "Girl"), nie wie kto był większym dupkiem: Piłsudski czy Dmowski ani nie ma pojęcia jak powiedzieć "Ty durny pedale" albo "przepraszam, że pytam, ale czy robiłaś testy na hiv" - taki ćwok na pewno zostanie genialnym fizykiem. Tak, to jest właściwy kierunek, teraz już to widzę. Zrobienie kwiatu lotosu przekracza moje zdolności manualne. Tzn. jeśli chodzi o pozycję w jodze to jak najbardziej, ale żeby tak z kartki papieru to ciężko. W przeciwieństwie do tych cudów, które próbowałam rozwikłać na początku metoda zrobienia lotosu jest banalnie prosta. Ale technicznie... Uch. Wyszło mi tylko z kartką testową. To wywinięcie płatków jest cholera strasznie trudne. Gdybym wzięła kwadrat o boku 20 centymetrów pewnie byłoby łatwiej, ale wtedy kwiecisko wyjdzie mi wielkie jak bomba i nie będzie ładne. W zeszłym roku znalazłam przy śmietniku pudełko starych map. Wiedziałam, że ten przewodnik po NRD do czegoś mi się przyda. Znaczy... Póki co eksploatuję przewodnik po RFN, ale dojdę i do tamtego. Zrobiłam pudełeczko z przykrywką. Walnęłabym zdjęcie gdyby nie to, że nie ma czego pokazywać. Chcę, żeby na wieczku był kwiat lotosu. Opanowałam już tamtą różę o której wspominałam, potem jeszcze wiśnie i to coś dziwnego, co można zobaczyć w poprzedniej notce. Na próby z lotosem zmarnowałam całą Bawarię. Coś czuję, że w następnej godzinie padnie też Turyngia.
Udało mi się zrobić kwiatek. Nie jestem pewna, czy zrobienie zdjęcia komórką mu pomogło czy przeszkodziło. No ale. Wreszcie coś mi wyszło.
sobota, 18 lutego 2012
Świat jest pełen niespodzianek! Niemal codziennie coś odkrywam. Dziś np. zatkał mi się zlew. Po raz setny. Swego czasu rozkręcałam rury - co ciekawe po ponownym skręceniu nie zostało mi prawie nic "na później". Popołudniu przypomniałam sobie, że ktoś do mnie przyszedł trzy tygodnie temu. Tak, tak - wiem, wiem: teoretycznie to nie powinna być priorytetowa informacja dla mnie dzisiaj. A jednak. Przyszedł, akurat sprzątałam. Okazało się, że nie zdążę się już pozbyć gara pełnego brudnej wody i resztek jedzenia z innych garów. No to wpakowałam go do szafki pod zlewem, żeby go nie było widać. No bo cóż to za problem - jeśli nie umyję go natychmiast tylko kilka godzin później?Przecież to nic strasznego. Coś mi tak z deczka śmierdziało. Tak tajemniczo, niesprecyzowanie. Szafka dosyć szczelna i nie zaglądam do niej zbyt często, więc nie znalazłam tego skarbu przypadkiem. Jak mi przyjebało smrodem, to aż się zatoczyłam i klepnęłam dupą w stołek na drugim końcu kuchni. Uciekłam, zapaliłam. Wróciłam. Jakże to było zmysłowe. Wpakować rękę w tą spleśniałą breję, która solidnie zgęstniała i z tego co pamiętam w dość interesujący sposób zmieniła kolor. Przy pacnięciu trzeciej porcji szlamu do reklamówki pomyślałam sobie, że mogłam do tego założyć gumowe rękawiczki. No trudno - w takim razie albo zachoruję na coś nieznanego, albo będę odporniejsza. Bo mądrzejsza to już nie. Zlew mi się zapchał. To idę po gruszkę. Pierwszy raz zorientowałam się dopiero, kiedy prawie cały był pełen wody. Popchnęłam raz, rury zrobiły "plop!" i wszystko natychmiast spłynęło. A wszystkimi poprzednimi razami musiałam to robić dziesiątki razy, żeby wreszcie zaczęła odpłynąć. Złote odkrycie na dzisiaj: w gruszce przy przepychaniu zlewu powinno być dużo powietrza. Możecie się śmiać. Ja tego wcześniej nie wiedziałam. A tak z zupełnej ciekawości. Bez względu na to, ile lat będę mieszkać w mieście, to i tak zawsze będę ze wsi. Mieszkam, obserwuję i cholera jasna nie wiem: co się w mieszkaniu mieszkając robi z pomyjami, skoro nie można ich wynieść świniom ani chociażby podlać gospodarki*? Ludzie to jedzą, pchają do zlewów, spuszczają w kiblach, co z tym cholera robią? Z tym, co jest za gęste na ciecz a zbyt ciekłe na to, by władować to razem ze śmieciami.
* - to nie do końca moje naturalne słownictwo. To słowa bodaj Rafała Zbiecia: "woda zalała wszystko, warchlaki jeden po drugim ginęły w jej odmętach [- potopiły się?] a gdzie tam panie. Rekin wpłynął na gospodarkę". Przyswoiłam sformułowanie. ...amów. Czyżby nadeszły jakieś żniwa ostatnimi czasy? W ciągu ostatnich dwóch-trzech tygodni dziennikarze robią sobie jakiś wielki coming out idiotów? Lis zaprasza Gosię Mostowiak w roli eksperta od czegoś. Cejrowski też zachowuje się jak prymitywny cham, ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek prezentował inną postawę. Poza tym jego akurat lubię. Czekam na więcej. Artykuły przy okazji ACTA były dobrym popisem, ale - o ja naiwna - to były tylko rybki piloty, pora na prawdziwegoo wielkiegoo rekina chamstwa i kretynizmu. Tak wyglądają nasi intelektualiści? Krajst. A ja ich naprawdę miałam za inteligentnych ludzi. Chociaż Nergala też za takiego kiedyś miałam, co z kolei nie świadczy zbyt dobrze o mnie. Podekscytowana czekam na więcej. Nie ma to jak znaleźć sobie jakieś upierdliwe hobby typu wspinaczka wysokogórska, kanioning albo seks wyczynowy po pięćdziesiątce. Albo - jak w moim przypadku - cholerne, pierdolone origami. Składam i składam i zginam i skręcam już ponad trzy tygodnie i nic. Tzn. nie tak dokładnie nic. Zmarnowałam kolejne bloki, papiery kolorowe, pół ryzy papieru do drukarki i chuja ułożyłam. Tzn. nawet nie chuja, gdyby udało mi się ułożyć chuja z origami byłabym wniebowzięta. Jak każdy ambitny palant zaczęłam od najtrudniejszych kombinacji. Nie wyszło mi, ale to dlatego, że wredne gnidy z interneta pomijają pewien etap konstrukcji w instrukcji, żeby banda palantów typu ja nie osiągnęła tak wysokiego poziomu wtajemniczenia i się frustrowała nad pomiętymi kartkami. Potem zabrałam się za prostsze, potem jeszcze prostsze i jeszcze... Ostatecznie zrobiłam łódeczkę. Tak - taką łódeczkę, jaką dzieciaki robią w przedszkolu. Zresztą takie było zalecenie na stronie - "zajęcia edukacyjne dla dzieci". I jeszcze cholera była krzywa. Zrobiłabym zdjęcie i pochwaliła się jak masakrycznie koszmarne i krzywo to wyszło, ale zgniotłam to w cholerę po tym jak kolejne dwanaście wzorów mi nie wyszło. Kupiłam sobie papier kolorowy firmy interdruk. Strasznie dziwny. Kupiłam pięć bloczków w formacie A5. W każdym z nich jest jeden kolor na bardzo grubej, "technicznej", błyszczącej karcie, 4 lub 5 dość sztywnych, równie błyszczących i cztery zwykłe, cienkie, teoretycznie nadające się do origami. Co ciekawe rozkład tych grubszych jest dziwny: dwie czerwone, zielona, pomarańczowa i niebieska (gramatura tak 130-140), tych średnich też: jedna żółta, dwie pomarańczowe, czerwona, trzy jasnoniebieskie, cztery niebieskie, dwie jasnozielone, trzy ciemnozielone, brązowa, trzy czarne i dwie szare (gramatura 110-120), reszta w gramaturze 70. A na okładce cholera jasna nikt nie napisał, że to papieroniespodzianka! Gdyby produkowali takie, pełne tych grubych kolorowych, lśniących kartek, to byłyby świetne - gdybym do cholery jasnej takich potrzebowała! A nie potrzebuję. Zwłaszcza takich losowo dobranych kolorów. Złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy - czy jakoś tak. Genialnej też - ale wtedy mówi się, że jej woda sodowa uderzyła do głowy. Aha. Udało mi się zrobić całkiem skomplikowaną różę - jest nawet ładna, ale za żadne skarby nie potrafię tego powtórzyć. Jeszcze. Dziesiątki szamponów, odżywek, masek, mgiełek, serum i innego gówna. Zniszczone farbowaniem, porozdwajane, na domiar złego kręcone włosy ze skłonnością do elektryzowania się i histerycznego plątania. Nic nie działało. NIC. Wydałam majątek na fryzjerów a okazało się, że muszę tylko pozwolić się ponieść fantazji. Dokonałam życiowego, kosmetycznego odkrycia. Jestem więcej niż pewna, że część z tych ingrediencji jest zbędna, ale nie mam pojęcia która, a nie zaryzykuję teraz zmiany receptury. Wszystkiego wcześniej próbowałam pojedynczo i wielkiego chuja to dało. Składniki:
oraz opcjonalnie:
Nie wyobrażacie sobie nawet jak to pięknie śmierdziało. Jeszcze gorzej niż mój poprzedni wynalazek, który (być może) tu opisałam, ale chyba jednak nie. Prawie trzy razy zwymiotowałam wmasowując to we włosy. Po dziesięciu minutach zrobiła mi się na głowie gładka skorupka. Potrzymałam jeszcze drugie tyle i poszłam spłukać. Spłukiwanie trochę długo trwało, i musiałam nakładać szampon trzy razy. Brązowy taki, z dziegciem chyba, też śmierdzący. Po tym jak włosy wyschły z wrażenia zapomniałam je obejrzeć i podotykać, bo musiałam się zająć czymś innym. Nie zauważyłam jakiejś szczególnej różnicy a mimo to z uporem maniaka kręciłam tą dziwną substancję (bez nafty i popiołu, za to z jogurtem greckim i przyprawami wychodzi zajebiste oblepiszcze do ryb) i robiłam sobie dwudziestominutową skorupę na łeb przez cały tydzień. Nie miałam nic do stracenia, bo przed ukręceniem tej mikstury i tak zdecydowałam się ogolić łeb na glacę i popierdalać jako rubaszna Sinead O'Connor. Nie mam rozdwojonych końcówek. Zniknęły. Czadd.
piątek, 17 lutego 2012
Achilles pałający gorącym uczuciem do branki. O Apollo, o Zeusie, o cały panteonie greckich bogów. Walczący dla chwały po to, by ostatecznie zaistnieć w świadomości masowej jako romantyczna pizda z blond loczkami. Nie żebym coś miała do Brada Pitta - nie mam do niego absolutnie nic. Mogliby chociaż obsadzić w tej roli słodkiego, tłuściutkiego Russela Crowe - przynajmniej byłoby się czym popodniecać. Czterdzieści sekund Odyseusza to trochę za mało. Odkryłam Beatlesów w nocy z 16 na 17 lutego. Nigdy wcześniej mnie nie porwali. Stonesi owszem - wielokrotnie, a Beatlesi nigdy. Żal dupę ściska - że się tak wyrażę - na to, jak nadal jestem kulturalnie zacofana. Wobec moich własnych standardów, które są zawsze trzy metry nade mną. To nigdy nie była kwestia muzyki. Jakaś nieuzasadniona i niemożliwa do przełamania niechęć do McCartneya zawładnęła mną od pierwszych chwil i nie odchodziła. Nie mająca absolutnie nic wspólnego z jego dokonaniami artystycznymi. W tym gronie jest też Richard Wagner czy Oscar Wilde. Z polskich twórców to trio noblistów, Stachura i jeszcze paru innych. Kiedyś miałam to samo z Van Goghiem. Dopóki nie zaczęłam ryczeć po kilkugodzinnym gapieniu się w "Gwiaździstą noc nad Rodanem". Co jest kolejnym symptomem mojego niezrównoważenia, bo ludzie zdaje się normalnie nie płaczą, obrazki kontemplując - co by na nich nie było. Może, może kiedyś zapałam czymś do Oscara. Do Paula i całej reszty raczej nie (reszty wymienionych, nie reszty Beatlesów ma się rozumieć). Sztuka mnie wzrusza. Kurwa dżej-pi-di.
PS. Nie pozabijaliśmy się jeszcze. Waham się nad usunięciem poprzedniego wpisu. Obiecałam mu kiedyś, że nie będzie występował w moich publicznych wynurzeniach - chwilę wcześniej stwierdziłam też, że nigdy o nim nie piszę. Ale przy tak niskim poziomie odwiedzin codziennych równie dobrze mogę założyć, że nikt tego nie czyta.
czwartek, 16 lutego 2012
Miałam dziś sen po którym obudziłam się podekscytowana. Miałam w nim te swoje wczesne naście lat i w wyniku jakiegoś drobnego, szkolnego konfliktu zarąbałam w nos najbardziej nie-zadzieraj-ze-mną-to-się-utrzymasz-w-całości chłopakowi w okolicy. Dwa dni później, kiedy wracałam sama, zatargał mnie za włosy na odludzie i opowiadał, co też zamierza ze mną zrobić. Serce waliło mi jak oszalałe, ale nie dawałam tego po sobie poznać. Ostatecznie prawie dobrowolnie poszłam z nim na jeszcze większe pustkowie, tzn. do lasu. Gęstego i pełnego wąwozów, starych okopów i lejów po bombach. Potknęłam się na urwisku i rąbnęłabym trzydzieści metrów w dół, na kamienny nasyp albo kamienny trakt kolejowy (ewentualnie, przy dobrym podmuchu wpadłabym kilka metrów dalej, do płytkiej rzeki o równie kamienistym dnie), ale mnie złapał. Sam przy okazji o mało nie spadł, ale udało mu się nas utrzymać na jakimś drzewie, potem wciągnął mnie na górę. Kręciliśmy się tam jeszcze przez jakiś czas, zresztą chyba wtedy pierwszy raz się całowałam. Podobało mi się to. Było już prawie ciemno, kiedy odprowadził mnie do domu - a odprowadził. To był pierwszy i jedyny raz, kiedy ze sobą rozmawialiśmy. Nigdy wcześniej i nigdy później, chociaż mijaliśmy się na ulicy jeszcze przez jakiś czas. Gdyby tylko zechciał, żebym była jego dziewczyną, poszłabym na to jak na ścięcie. Zechciał, ale z jakichś niewiadomych przyczyn postanowił nie przekazywać mi tego osobiście, a kiedy ta informacja wreszcie do mnie dotarła, byłam już zdolna do względnie logicznego myślenia, i prawie udało mi się wybić go sobie z głowy i wbić, że jest niebezpieczny, młody i narwany, a im starszy będzie, tym bardziej narwany, niebezpieczny i agresywny się stanie. Nie pomyliłam się. Aha - powinnam chyba wspomnieć, że ten sen był retrospekcją prawdziwych zdarzeń i w ogóle się od nich nie różnił. Dwa lata później kopnął swoją dziewczynę w potylicę z buta tak mocno, że prawie ją zabił. A ja do tej pory nie przestałam o nim myśleć. I wierzyć, że (ha! - co tam wierzyć, wiedzieć) nie zrobiłby mi żadnej krzywdy, na którą bym mu nie pozwoliła. Jestem podobno inteligentną kobietą. Potrafię się łudzić, że umiem spojrzeć na siebie z boku i ocenić swoje poczynania. I dostrzec jak skrajnie głupie by to było. I zdawać sobie sprawę z tego, że to gówno prawda w całej rozciągłości. To nie rozum mnie powstrzymywał tylko strach. Mam wrażenie, że w tzw. "dorosłym życiu" próbuję naprawić ten "błąd". Ciekawe, jak się tworzy zdrowe relacje. Pewnie trzeba nie mieć instynktu pozwalającego na wykrycie największego świra w okolicy i natychmiastowe nań polecenie. I nie mam na myśli seksu, przynajmniej nie tak od razu. Patrząc wstecz stwierdzam, że im bardziej z przeproszeniem pojebany był facet, tym dłużej trwał związek. Nigdy jeszcze nie byłam w związku tak długo jak teraz - i to zdaje się jest potwierdzeniem tej reguły. Och biedne, żałosne kobiety, które są gotowe poświęcić tak wiele, byle tylko się nie nudzić... Nigdy nie nudziłam się w związku. Nie przypominam sobie tego. Poprzedni skończył się tym, że rzucona z impetem przez pokój rąbnęłam łbem o kaloryfer. Tzn. taka jest oficjalna wersja dla mnie samej, bo całej reszcie nic do tego. Jest dobra i wierzę w nią ilekroć nad niczym się nie zastanawiam - bo kiedy zaczynam, wiem, że nie wróciliśmy do siebie tylko dlatego, że poznałam Loverboya, który śmierdział sajkou-em na kilometr. Dotychczas mi to nie przeszkadzało - wręcz przeciwnie, byłam zachwycona. Może nie ślepa, ale zakochana, zadowolona i szczęśliwa. Teraz jestem nie mniej zakochana, ale dwa pozostałe stany przeszły w odległą abstrakcję. Zakochałam się w człowieku, który miał swoje pasje i obsesje, a ja stałam się kolejną z nich. A potem zaczął się na nas wysypywać gros nieszczęść - a dokładniej to na niego, ja oberwałam może ledwo tuzinem. I zostałam z facetem, który chwilami wydaje się być taki, jaki był. Tylko chwilami. Pasji i obsesji już nie ma, zostałam ja. Pierwszą obietnicę zabicia mnie a potem siebie gdyby tak zachciało mi się od niego odejść zbyłam śmiechem. Zresztą ona chyba nawet była żartem. Jakiś czas temu uwierzyłam, że mówi poważnie - mimo, że żadne "zostawianie" nie wchodziło w grę. Mówi poważnie i co z tego? Co z tego, że coraz częściej czuję się, jakbym sypiała z wrogiem? Rozstanie nie wchodzi w grę, więc najwyraźniej nie pozostaje mi nic jak tylko czekać na ewentualne triduum sławy na plotkarsko-informacyjnych portalach. Pfr. Wstawki z nieudanego życia prywatnego powinny stosownie obniżać moją wartość opiniotwórczą. Well done. Czy nie istnieją żadne regulacje prawne zabraniające epatowania wizerunkiem prywatnej osoby - zwłaszcza chorej, osłabionej i niezdolnej do sprzeciwu i samodzielnego decydowania o sobie? Póki starano się ustalić jego tożsamość - to oczywiście. Ale po jaką cholerę dziesiątki kolejnych artykułów mówiących o tym, że już go zidentyfikowano - wraz ze zdjęciami chorego człowieka na szpitalnym łóżku. Żeby grupka idiotów mogła oceniać jego urodę? No niech mi ktoś to powie. Bardzo proszę. Chciałabym wiedzieć. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||