Teraz tam - http: medithanera.blogspot.com

Wszelką. Serio. Jestem Me.. Na moim blogu mam wszystko, ale czego byś nie szukał - u mnie tego nie znajdziesz. Więc nie wchodź, tu nie ma nic dla Ciebie. Nie czytaj, bo nie zrozumiesz. Żeby zrozumieć musiałbyś być mną . Jestem wulgarna, antypatyczna i jeszcze Cię nie znam, a już Cię nie lubię :* I to się najprawdopodobniej nie zmieni: Poza tym jestem rypnięta i pozbawiona pomocy psychologicznej, więc nie traktuj moich słów osobiście i oczekuj ode mnie NICZEGO.
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
Zapisz się na newsletter! Liczba zapisanych: 8
zamów newsletter
Blog > Komentarze do wpisu
« BECZKA PORZECZKOWA
Nowszy wpis »

A JA LUBIĘ WALENTYNKI

Nie kojarzy mi się z komercyjnym świętem, bo nigdy nie zostałam obsypana czerwonymi, pluszowymi serduszkami mówiącymi "lowe" po japońsku w rytmie "Kamikazeee" papadansu. Nigdy nie dostałam ani nie byłam zmuszona do kupowania dziesiątek kartek "dla tego jedynego", ani nigdy nie dostałam dziesięciu takich. Żyję w swoim świecie, i nawet jak szwendam się po sklepach w okresie przedwalentynkowym, nie widzę jakiegoś szczególnego boomu. W drugą stronę nawet. Szukałam ładnej kartki, nie znalazłam. (Ładne kartki są zwykle w granicach osiemdziesięciu groszy, droższe są w 95% kiczowate i mnie nie interesują). Ostatecznie zapłaciłam 50 groszy za czarno-białą kartkę z tylną kieszenią spodni i wiszącym na łańcuszku serduszkiem. Razem z odciskiem mojego pierścionka-różyczki powędrowała do kogoś, do kogo powędrować miała. I to bezpośrednio.

Podsumowując wydatki:
- kartka 50 groszy
- zużycie długopisu - ok. 3 groszy
- kropla czerwonej farby - ok. 5 groszy
                      SUMA wydatków: 58 groszy
                      SATYSFAKCJA: conajmniej 59 groszy
Wniosek: Satysfakcja przewyższa wydatki.

Skąd w takim razie niechęć ludzi do walentynek? Najbardziej intryguje mnie to, że najbardziej psioczą na nie dwa rodzaje ludzi:
- kupujący najwięcej pierdółek od specjalnych perfum, przez hiszpańską muchę walentynkową a skończywszy na 10 modelach kartek, po kilka sztuk (jedna zapasowa, dwie na następny rok, i jedną zostawię dla siebie bo ładna),
- chodzi po sklepach, żeby dodatkowo się przygnębić, a wieczorem zapija się albo zajada do obrzydzenia ze złości i smutku, wywołanego ckliwymi walentynkowymi komediami romantycznymi, których nie ma z kim oglądać i tą masą pierdółek, których nie ma dla kogo kupować.

Przecież na zdrowy, ludzki rozsądek nie ma żadnych uzasadnionych zarzutów w kwestii Walentynek. W lutym nie ma żadnego święta. A że to amerykańskie... A dzień kobiet jest komunistyczny. I co z tego? Nawet jeśli facet jest miły dla mnie raz w roku w dzień kobiet, i jak jest miły dla mnie i w drugi dzień, w walentynki... co to szkodzi? Jeśli nie mamy ochoty, robimy sobie własne w każdy pierwszy piątek miesiąca. Jeśli nie mamy, robimy sobie walentynki w walentynki. Jeśli i na to nie mamy, nie robimy sobie walentynek w ogóle.
Po co przyjmować stanowisko zgorzkniałego, samotnego zrzędy, psioczącego na to niewinne święto i psującego wszystkim innym radość z niego? Nie jestem fanką, ale zmieniłam podejście po tym zewsząd mnie dopadającym marudzeniem.
Lubię czerwony, lubię serduszka, lubię idiotów... reasumując, całkiem przyjemnie jest przespacerować się po mieście opanowanym atmosferą "czegoś", nawet jeśli jest sztuczna.

Gdyby nie walentynki "kilka" lat temu, Adaś nigdy by się nie dowiedział, że się podobał Me.
Ech, gdyby on tylko był wtedy bystrzejszy i wiedział, że rebus, który mu napisałam trzeba było przeanagramować i dopiero wtedy przeczytać. Nie przeanagramował. Nie wgapiał się w nią dniami i nocami, w przeciwnym razie dowiedziałby się, że jest ode mnie. I co z tego, że chciał ze mną iść na randkę, skoro mnie nie rozumiał.
Ja dobre chęci wykazałam, nie moja wina, że nie znał akurat tego dialektu bantu. Ale wtedy, mimo że to były czasy pierwszych kroków walentynek u nas, nikt aż tak strasznie ich nie negował.
Ciekawe, jaki jest w łóżku, zwłaszcza że go nie ma na naszej-klasie co go znacznie nobilituje w moich oczach. I jak znam szczęście moich byłych, to żonka i pół tuzina dzieciaków już się koło niego kręci, mimo że od ślubu minęło zaledwie cztery lata.

Uczciłam walentynki i ubrałam pannę młodą, śliczna, co nie?

Ubrałam jej też walentynkowego konia:
Ale będzie jazdaa...

Zastanawiam się. Zimno jak skurwysyn, a święto miłości dzisiaj. Ja tam nie mam ochoty na żadną miłość w walentynki. A przynajmniej cielesną. Alkoholu dalej nie piję, wieczorem planuję odurzyć się psychodelicznym kakao i oglądać tradycyjnie, jak co roku "Piknik pod wiszącą skałą", jak co roku będę się zastanawiała, co się stało z Mirandą i tą drugą i tą nauczycielką. Tak poza tym to mam to gdzieś, i w wolnych chwilach zastanawiam się, co się stało z Madeleine McCann, albo inną osobą, o której mi akurat ktoś przypomni.

Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, czy walentynki są tandetne i infantylne czy potrzebne i wartościowe. Na pewno nie są potrzebne i wartościowe. Na pewno bywają tandetne i infantylne. Przy minimalnym wkładzie własnym tandetne i infantylne nie będą. Miarą tandety nie są święta, które obchodzimy bądź nie, ale my sami. Co wisi na ścianach naszych domów?
Jeśli mamy tak wiele przeciwko walentynkom, odrzućmy też frytki, coca-colę, Mikołaja, stringi i tipsy. Wszystkie są nie mniej amerykańskie. Przesłodzone, czerwono-różowe, błyszczące, świecące, migające... To nie świadczy na niekorzyść walentynek. Każdy głupi może powiedzieć, że walentynki są tandetne, bo sprzedawcom chodzi tylko o zysk. Ależ NIE CHODZI IM O ZYSK - gdyby to była prawda, znaczyłoby to ni mniej ni więcej, że mamy koszmarne gusta i sami jesteśmy konsumentami tego całego chłamu na który narzekamy. Konsumować nie konsumuję, narzekać nie narzekam,święto czy nie, i tak będę robiła to, na co mam ochotę.
Tylko na wpół mnie śmieszy, na wpół mi żal, czy wszyscy zapomnieli, że takie święta są po to, żeby nam było przyjemniej, a nie żeby nas wpędzać w kolejne okowy. Nikt was go kościoła nie goni ludzie, a jeśli czujecie się wbrew własnej woli zobligowani do czegoś, czego nie chcecie, to źle świadczy o was, nie o walentynkach.

A ja i tak wolę przyzwolenie na nieograniczoną ilość kontaktów seksualnych w czasie nocy Kupały. I noc Kupały jako Helga z rodowodem obchodziła też będę. Wolnym człowiekiem jestem i uwielbiam święta pod każdą postacią, zwłaszcza kiedy są zapomniane i mogę być fanatykiem, albo zbyt spopularyzowane i wtedy abnegatem.
Hedonizm ani nie jest zły, ani nie jest chorobą.
Mnie się i tak Walentynki będą kojarzyć z piknikiem pod wiszącą skałą, a nie z jakimś pożal się Boże facetem, którego imienia rok później nie będę pamiętać. To na pewno jakaś moja wewnętrzna, atawistyczna tęsknota za ubieraniem się w białe sukienki, zakładaniem rękawiczek i sznurowanych bucików, dziewictwem, niewinnością, subtelnością i delikatnością i innymi cechami, z którymi też nie mam wiele wspólnego.

Zalałam sobie prawą rękę wrzątkiem to, więcej notki nie będzie. Jeszcze tylko piosenka walentynkowa:

I jeszcze moją mądrość wielką choć przedwczorajszą dodam:

Są mężczyźni przy których pożądam celibatu.
I im wszystkiego najlepszego z okazji samotnych Walentynek :*

czwartek, 14 lutego 2008, medithanera
poleć znajomemu » śledź komentarze (rss) »
http://medithanera.blogspot.com/%EF%BB%BF Obserwuj @Medithanera
Dodaj komentarz »
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog